Wojciech Żmudziński SJ - notatnik
17.7.2010 - Okładka książki "Niebo jest w nas"
7.6.2010 - Dwie nowe książki
W lipcowym numerze miesięcznika TWÓRCZOŚĆ ukazał się mój najnowszy tekst zatytułowany: MROCZNY BANKIET POPSUTYCH ZABAWEK - medytacja o własnej śmierci. Tych kilkanaście stron refleksji nad śmiercią poświęciłem tragicznie zmarłemu w katastrofie samolotu prezydenckiego - Sebastianowi Karpiniukowi. Wkrótce wydanie książkowe i premiera w Gdańsku dnia 18 września 2010, na której zaśpiewa o śmierci Zespół Muzyki Średniowiecznej. Ksiażkę ilustrowała grafikami Ija Smirnova.
Kolejna książka, przygotowywana na wrzesień, nosi tytuł NIEBO JEST W NAS i opowiada historie o ludziach, którzy żyją pośród nas. Wystarczy wyciągnąć dłoń ku spotkanej osobie i otworzyć oczy by dostrzec w niej przychodzące na ziemię Królestwo Boże.

|
Komentarzy (0) :: Dopisz komentarz ! :: Strona wpisu
|
4.7.2009 - Książka na miarę
|
Wszedłem do księgarni w jednym z gdyńskich centrów handlowych w poszukiwaniu inspiracji bo pieniędzy na zakup nie miałem. Stanąłem przy półce z literaturą polską myśląc o tym, jaka książka najbardziej ucieszyłaby koleżankę z pracy. Ostatnio czytała „Kiedy płaczą świerszcze” Charlesa Martina. Może kupić jej kolejną jego powieść? Moje rozmyślania przerwała ekspedientka. - Szuka pan książki na prezent? - Tak – odpowiedziałem chociaż nie był to główny cel mojego szarogęszenia się miedzy półkami. - Dla kobiety czy mężczyzny? – zapytała jak sprzedawczyni w sklepie odzieżowym. - Dla kobiety. - Młodej czy starszej – kontynuowała swój wywiad. Wydawało mi się, że jeśli odpowiem „dla młodej”, pokaże mi coś w kolorowej okładce ze złoconymi literami i namalowanym serduszkiem. A jeśli powiem dla starszej, wyjmie z półki wolumin o stonowanych kolorach i beznamiętnym tytule. Postanowiłem więc udzielić jej wszystkich informacji, o jakie zwykle pytają ekspedientki mężczyznę kupującego spódnicę na imieninowy prezent dla córki. - Dla dziewczyny w wieku 35 lat, wzrost 165 centymetrów. Inne wymiary to 90-72-96. Zapakować w różowy papier ze wstążeczką. Patrzyła na mnie przez chwilę nie wiedząc czy zaśmiać się czy się obrazić. Dodałem szybko. - Żartowałem. Szukam po prostu dobrej, wartościowej książki. Takiej uniseks. - No wie Pan, ludzie kupują na prezent coś, co pasuje do wieku i płci. Rozmiary i wartość nie grają tu roli. - Przyjdę z koleżanką, to sama przymierzy – pociągnąłem ironicznie i oddaliłem się w kierunku stoiska z lodami, aby kupić dużego, śmietankowego loda dla dojrzałego, średniego wzrostu mężczyzny.
|
Strona wpisu
|
27.6.2009 - Długowieczność
Ukraiński przewodnik prowadzi nas na wzgórze, na którym rysują się szczątki XIV-wiecznego zamku. W dole płynie rzeka Strypa a wieże cerkwi i kościołów nie prowadzą wzroku ku niebu lecz wplątują go w sieć uliczek i rozpadających się dachów. Przewodnik opowiada o tym kto, kiedy i dlaczego akurat tutaj. Część kamieni z tej znanej niegdyś galicyjskiej fortecy użyto do budowania pachnących wilgocią domów w Buczaczu. Dlatego tak niewiele zostało z górujących nad doliną rzeki murów. Załatwiają się tu ludzie i wypasane przez nich kozy. Turyści robią sobie zdjęcia przy jednej z ocalałych ścian. W głębi fotografii widnieje XVIII wieczny kompleks klasztorny bernardynów ufundowany przez Mikołaja Potockiego. Ludzie żyją tu długo. - Ale tylko ci, którzy się tutaj urodzili – dopowiada przewodnik. Drzewa, które się przesadza obumierają szybciej. Kamienie po raz drugi użyte kruszeją zanim zdążą stworzyć nową historię. Ludzie, którzy przenoszą się z miejsca na miejsce, tracą tożsamość i wątek, plączą się i potykają. Nawet jeśli stworzą coś wyjątkowego, tak jak Juliusz Kossak, uczeń gimnazjum bazylianów w Buczaczu, przypłacić to muszą tęsknotą za ojcowizną i wyobcowanym życiem wśród innych, wyrwanych drzew. Ludzie żyją dłużej w miejscu, w którym się urodzili. Podobnie jak drzewa i kwiaty. - Muszę zmienić moje wakacyjne plany – pomyślałem. - I choćby na trochę pojechać tam, gdzie wśród mazurskich i białostockich drzew spędziłem swoje dzieciństwo. Przyssać się do brzozowej kory, rozmodlić uporządkowanym życiem leśnych mrówek, upolować kilka grzybów z czerwonym kapeluszem, przypomnieć sobie smak rosnących dziko malin. Mój ojciec, leśnik od urodzenia, pomoże mi odszukać zapomniane nazwy drzew i zwierząt. Czy zdołam w ten sposób dodać choćby jeden dzień do kalendarza mojego życia? |
Komentarzy (4) :: Dopisz komentarz ! :: Strona wpisu
|
14.3.2008 - Na dworcu kolejowym Gdynia Główna Osobowa
Była godzina piąta. Słońce czekało jeszcze ze wschodem na znak sekundnika. Pociąg wjeżdżał powoli na gdyński dworzec. W kuszetce było tak gorąco, że otworzyłem na korytarzu okno, by zaczerpnąć świeżego, pachnącego torami i morzem powietrza. Zaschnięte gardło marzyło o łyku mocnej kawy. Zarzuciłem na ramię podręczną torbę i szturchając raz jedną raz drugą ścianę, powlokłem się do drzwi wyjściowych. Byłem pierwszy. Gdy tylko pociąg zaczął hamować, szarpnąłem z całej siły metalową klamkę. Ani drgnęła. Poczekałem aż wagon się zatrzyma. Teraz drzwi poddały się z łatwością. Wysiadłem i pomogłem stargać babuleńce walizę o wielkości komody. Dalej jej nie poniosę. Niech czeka na rodzinę, która obiecała się nie spóźnić. Jeszcze kilkadziesiąt kroków do dystrybutora kawy. Jeszcze kilkanaście. Teraz schodami w dół. I już jest. Sięgam do kieszeni po bilon i liczę: pięćdziesiąt groszy, sześćdziesiąt, osiemdziesiąt… Cholera. Za mało. Sprawdzam w drugiej kieszeni. Ani grosza.
- Panie, daj pan złotówkę na wino – usłyszałem za plecami.
- Sam nie mam na kawę. Widzi pan? – pokazuję mu 80 groszy - Zabrakło mi dwudziestu groszy.
- Dwadzieścia groszy panu k...a brakuje? To ja 20 groszy panu k...a dam.
- Niech da pan sobie spokój. Jakoś sobie poradzę. W końcu panu też brakuje.
- Jak mi k...a brakuje, to sobie k...a załatwię. Spuszczę komuś w pier... i będę miał k...a złotówkę. Masz pan k...a 20 groszy i napij się.
Wetknął mi w dłoń dwudziestogroszówkę i poszedł. A ja, trochę zaskoczony, napiłem się upragnionej kawy. |
Komentarzy (6) :: Dopisz komentarz ! :: Strona wpisu
|
|
|
|
|